Już prawie nic nie widziałam, ale skakałam ze spadochronu, pracowałam w korporacji. Rodzice mówili mi, że mam dawać sobie radę
Rodzice postawili mi wysoko poprzeczkę: musiałam zrobić maturę, skończyć studia. Wiele lat pracowałam w korporacji, choć już nie rozpoznawałam twarzy. Rozmowa z Moniką Zarębą, trenerką w Fundacji Szansa dla Niewidomych
ANNA KSIĄŻEK: Skąd wiedziałaś, że kelner podaje ci łyżeczkę?
MONIKA ZARĘBA: Słyszałam jego kroki, odczekałam chwilę i wyciągnęłam rękę w kierunku, z którego spodziewam się, że przyszedł.
(Usiadłyśmy w kawiarni, zamówiłyśmy kawę. Nikt się nie zorientował, że jest niewidoma).
Nie wiem dokładnie, kiedy zaczęłam tracić wzrok. Gdy miałam 10 lat, rodzice zauważyli, że coś jest nie tak. Na początku były awantury, krzyczeli na mnie, że co ja robię na tych lekcjach, jeżeli z tablicy jakieś bzdury spisuję. A do mnie jako dziecka nie docierało, że słabo widzę. Zaczęły się badania. To był rok 1984, ale ostateczną diagnozę dostałam dopiero w 1997, jak miałam 24 lata: choroba Stargardta – zrogowacenie siatkówki i plamki żółtej. Z roku na rok widziałam coraz gorzej, ale następowało to stopniowo, więc nie odczuwałam wielkiej straty. Myślę, że mój mózg zatrzymał się na pewnym etapie i wydaje mu się, że widzi.
Czytaj całość na wyborcza.pl
